01 marca 2014 10:29:36 [ Programowanie - poziom 0 - trackback ]
Konsultacje europejskie: przeciwko własności plików

Czy wszyscy wiedzą, że dobiegają końca europejskie konsultacje prawa autorskiego? Jeśli jeszcze nie wziąłeś/wzięłaś udziału, to masz na to jeszcze tylko parę dni!

Międzynarodowa koalicja organizacji pozarządowych w ramach inicjatywy fixcopyright.eu nieźle przyłożyła się do tego, żeby udział w konsultacjach był tak przystępny dla wszystkich zainteresowanych, jak to możliwe. Formularze online zostały przygotowane w kilku językach, w tym po polsku, same pytania zaś opatrzone wyjaśnieniami i komentarzami. Strona podpowie także, które pytania mogą być dla nas interesujące (bo nie trzeba odpowiadać na wszystkie).

Na dodatek Fundacja Nowoczesna Polska przygotowała prostszą polską wersję tego samego formularza, z polskimi komentarzami i sugerowanym wyborem 12 najbardziej interesujących pytań.1

Nadal trzeba samodzielnie odpowiedzieć na pytania (kopiuj-wklej nie wchodzi tu w grę), ale trudno chyba byłoby bardziej to ułatwić. I trudno o usprawiedliwienie, że się nie skorzystało.

W tej wybranej przez FNP 12-stce pojawiają się kwestie takie jak choćby legalność linkowania (!), długość trwania monopolu czy mechanizmy ścigania naruszeń, ja jednak chciałbym napisać parę słów o jednym z pytań, na które trudniej o jednoznaczną odpowiedź:

Pytanie o odsprzedaż plików

[W szczególności, jeśli są Państwo posiadaczami praw autorskich lub dostarczają usługi online:] Jakie byłyby konsekwencje stworzenia systemu prawnego pozwalającego na odsprzedawanie wcześniej nabytych cyfrowych treści? Proszę określić rodzaj rynku (rodzaj treści).

Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się jasna: oczywiście, że chcemy mieć prawo odsprzedania „nabytych cyfrowych treści”! Dlaczego mielibyśmy nie chcieć takiego prawa, skoro możemy sprzedać kupioną książkę czy płytę CD? Pamiętamy przecież słuszny gniew Bruce'a Willisa, który zorientował się, że konto w iTunes nie wejdzie do jego masy spadkowej. Muzyka, za którą zapłaciliśmy, należy do nas, prawda?

Nie do końca.

W linkowanym wyżej artykule Marcin Maj zwraca uwagę, że płacąc za muzykę online niczego nie nabywamy na własność, a jedynie uzyskujemy licencję. Tekstowi towarzyszy sonda z pytaniem „Czy licencje na muzykę cyfrową powinny być przechodnie?” z dość oczywistym rozkładem odpowiedzi. Autor zapomina tylko wspomnieć, że sprawa dotyczy rynku amerykańskiego. W Polsce jest trochę inaczej: żadna licencja na posiadanie i słuchanie muzyki nie jest potrzebna – płacimy tylko za uzyskanie dostępu do pliku, a nie za żadną licencję. Dlaczego?

Ponieważ mamy dozwolony użytek prywatny.

Polska ustawa o prawie autorskim jest względnie liberalna, w tym sensie, że wprowadza w ten system coś, co można uznać za minimum zdrowego rozsądku. Nigdy dość przypominania o dozwolonym użytku prywatnym:

Dozwolony użytek osobisty pozwala każdemu korzystać na własne potrzeby z rozpowszechnionego już chronionego utworu. Rozciąga się on także na osoby pozostające z nami w relacjach rodzinnych i towarzyskich.

Dozwolony użytek oznacza między innymi, że jeśli trzymasz w ręku książkę, to, po pierwsze, masz prawo trzymać ją dalej2, a po drugie, masz prawo ją przeczytać.

Niby nic. Obiecywałem przecież tylko minimum rozsądku. Ale i z tym mogą się pojawić problemy.

„Odsprzedawanie plików” to zamach na dozwolony użytek.

Nasze minimum rozsądku znika, kiedy zaczynamy traktować pliki na dysku jak fizyczne egzemplarze. E-book to nie książka, plik to nie egzemplarz.

Kiedy odsprzedajemy książkę, to bierzemy pieniądze, oddajemy swój egzemplarz3 i jesteśmy kwita.

A kiedy „odsprzedajemy plik”? Bierzemy pieniądze, udostępniamy kopię pliku, i…? Plik nadal jest na naszym dysku. Czy teraz jest to cudzy plik? Czy musimy go usunąć? Dlaczego? Czy straciliśmy do niego jakieś prawa? Czy dozwolony użytek prywatny w stosunku do tego pliku przestał obowiązywać? Czy już nie wolno nam przeczytać tej książki, odsłuchać tej muzyki?

Zachowajmy minimum rozsądku.

Nie naginajmy rzeczywistości na siłę do dawnych wyobrażeń, nie udawajmy, że widzimy egzemplarze tam gdzie ich nie ma. Pliki nie są rzeczą w sensie prawa cywilnego. Przekazywanie plików to nie „darowizna”, tylko korespondencja, niepowołany odczyt to naruszenie prywatności, a nie „kradzież”. Książek z Wolnych Lektur się nie „wypożycza”, a jeśli Kindle usunie Ci plik po dwóch tygodniach, to nie jest to „zwrot”.

Zamiast więc kombinować z wątpliwym prawem do „odsprzedaży” plików, lepiej myśleć, w jaki sposób zabezpieczyć dozwolony użytek i prawo do dzielenia się naszymi plikami z innymi w rozsądnym zakresie. A to, co się wymyśli, wpisać w formularz konsultacji.

Zobacz też, co napisali inni:

1 Swoją instancję dostępnego na wolnej licencji formularza fixcopyright.eu uruchomiła też fundacja Legalna Kultura, która nie zmieniła nawet faviconu ani linku do polityki prywatności, ale za to chwali się „zaimplementowaną przez nas interaktywną platformą (przygotowaną przez europejskie instytucje trzeciego sektora)”.

2 Abstrahując od odrębnych przepisów, np. o pornografii dziecięcej czy nazistowskiej propagandzie.

3 Jeśli wcześniej zrobiliśmy sobie na ksero kopię na prywatne potrzeby, to oczywiście możemy z niej nadal korzystać.

(Markdown włączony.)